THE LOOK: HOW LESS CAN SOMETIMES BE MORE


blazer // marynarka – second hand

black t-shirt // czarny t-shirt – my husbands // pożyczony od męża

trousers // spodnie – NA-KD

loafers // buty – Russell & Bromley

bag // torebka – Mango

watch // zegarek – Daniel Wellington

 

Colours are the wavelengths reflected by objects in the human eye. White is pure light and black is no light. In many cultures, these two non-colours are associated with the rituals of life and death. However, no matter what our attitude towards them is, black and white are powerful. It is not without reason that it has found such great application in photography, architecture and fashion. I have wondered many times how it happened that black and white were so important to us people. On the Internet, we can easily come across many questions already asked, which focus, among other things, on why black and white photography is so powerful, what is unique about black and white, what these two non-colours mean in fashion and so on ... There are many questions, there is no one answer that will clearly tell us where their phenomenon came from. There is no doubt, however, that when we focus only on fashion, because this is what today's post is about, black and white is a classic that, since the dawn of history, has been treated as something elegant and stylish. It is black and white that we assume for a job interview, end of the school year, graduation ceremony and any other important, official events. Regardless of whether they are worn together or alone, they are the most sophisticated styles, which with their simplicity and minimalism captivated the hearts of women around the world. Probably because of these, it is those styles we can see the most on Instagram.

 

Today's outfit is therefore a kind of tribute to the colour favourites of Mademoiselle Chanel. Although I personally love black and white and wear it really often, I'm also a huge fan of the soft colours that I try to sneak in here (you can find enough profiles on the internet that only show black and white). There will probably be even more in the coming weeks, but today I leave you with this age-old classic that works great every day.

 

. . . .

 

Kolory to długości fal odbijane przez obiekty w ludzkim oku. Biel to czyste światło, a czerń to brak światła. W wielu kulturach, te dwa nie-kolory są związane z rytuałami życia i śmierci. Bez względu jednak na to jaki mamy do nich stosunek, biel i czerń stanowią potęgę. Nie bez powodu znalazła tak wielkie zastosowanie w fotografii, architekturze, czy modzie właśnie. Wielokrotnie zastanawiałam się, jak to się stało, że to akurat czerń i biel ma dla nas ludzi tak wielkie znaczenie. W Internecie z łatwością możemy napotkać wiele zadanych już pytań, które skupiają się między innymi na tym, dlaczego fotografia czarno-biała jest tak potężna, co jest wyjątkowego w bieli i czerni, co te dwa nie-kolory oznaczają w modzie i tak dalej… Chociaż pytań jest wiele, nie ma jednej odpowiedzi, która jasno powie nam skąd wziął się ich fenomen. Nie ulega jednak wątpliwości, że kiedy skupimy się wyłącznie na modzie, bo w końcu o tym jest dzisiejszy wpis, czerń i biel to klasyka, która od zarania dziejów, była traktowana jako coś eleganckiego, czy wyjściowego. To właśnie czerń i biel zakładamy na rozmowę o pracę, zakończenie roku szkolnego, rozdanie dyplomów oraz wszelkie inne ważne, oficjalne wydarzenia. Bez względu na to, czy noszone razem, czy samodzielnie, stanowią najbardziej wysublimowane stylizacje, które swoją prostotą oraz minimalizmem, urzekły serca kobiet na całym świecie. Pewnie dlatego, to właśnie tych stylizacji możemy na Instagramie wypatrzeć najwięcej. 

 

Dzisiejsza stylizacja jest zatem pewnego rodzaju ukłonem w stronę faworytów kolorystycznych Mademoiselle Chanel. Chociaż osobiście uwielbiam czerń i biel i noszę ją naprawdę często, jestem również wielką fanką delikatnych kolorów, które staram się Wam tutaj przemycać (w Internecie można znaleźć wystarczająco dużo profili, które pokazują tylko czerń i biel). W następnych tygodniach zapewne będzie ich tutaj jeszcze więcej, ale dzisiaj zostawiam Was z tą odwieczną klasyką, która świetnie się sprawdza na co dzień. 

LITERACKI KWIECIEŃ: DZIENNIK UTRACONEJ MIŁOŚCI


To się nazywa literacki kwiecień! Aż dwa wpisy poświęcone książkom w przeciągu dwóch tygodni. Mam nadzieję, że zarówno to jak i wprowadzenie na bloga nowej serii literackiej, w której każdego miesiąca pojawi się polecana przeze mnie książka Was ucieszy (wiem, że wiele z Was już od dawna prosiło o więcej książkowych polecajek). Chociaż sam zamysł chodził już za mną od bardzo dawna, to nowa rola sprawiła, że na czytanie miałam najmniej czasu. Niemniej jednak Klara skończyła już 1,5 roku a ja niedawno w końcu doszłam do wniosku, że wypadałoby porządnie nadrobić zaległości. Przez te kilkanaście miesięcy nazbierałam naprawdę sporo tytułów, które czekają na półce, aby po nie sięgnąć. Dzisiaj przychodzę do Was z nowością, która dotarła do mnie w formie egzemplarza recenzenckiego jeszcze zanim trafiła na półki księgarniane, ale przez chorobę, która skutecznie zapędziła mnie do łóżka i późniejsze inne zobowiązania, musiała swoje odczekać. 

 

„Dziennik utraconej miłości”, autorem której jest Eric-Emmanuel Schmitt, to jedna z najbardziej osobistych powieści tego pisarza. Jest to dziennik wyznań ukazujący jak silna jest więź matki i dziecka. Nieśmiało muszę przyznać, że jest to mój debiut książkowy tego autora, ale już wiem, że chcę poznać inne jego dzieła. Co mnie osobiście najbardziej poruszyło w tej książce, jest to, że autor pisał ją w trakcie tych trudnych wydarzeń tuż po śmierci ukochanej matki. Odnoszę wrażenie, że w ten sposób pragnął on chyba przekazać czytelnikowi najgłębsze i najprawdziwsze emocje, które towarzyszą człowiekowi w momencie utraty najbliższej osoby. Zdaję sobie sprawę jak trudny jest to temat, ale prędzej czy później każdy z nas będzie musiał zmierzyć się z utratą bliskiej osoby, a zapewne wielu z nas już tego doświadczyło – czasami nawet na bardzo wczesnym etapie życia, kiedy nie do końca jesteśmy świadomi tego co to tak naprawdę oznacza. 

 

W tej książce znajdziemy nie tylko osobiste odczucia, które towarzyszyły autorowi podczas pierwszych chwil po śmierci ukochanej matki, z którą zresztą łączyły go wyjątkowo silne więzi, ale również o tym jak powstały jego inne dzieła i dlaczego skupiają się one na danej tematyce. „Dziennik utraconej miłości” to dłuższe i krótsze urywki, w których autor stara się przekazać swoje własne sposoby na radzenie sobie z tą tragedią, które dla niektórych mogą okazać się bardzo pokrzepiające a nawet pomocne. Żałoba to okres, który każdy przeżywa na swój własny sposób. Jest to również bardzo trudny temat, o którym nie każdy potrafi rozmawiać. Właśnie przez wzgląd na to, z pewnością nie jest to książka dla każdego. Jej czytanie wymaga odrobiny więcej czasu oraz zrozumienia. Momentami jest bardzo wzruszająca, ale z pewnością każdy wyciągnie z niej swoje własne wnioski a może nawet coś, co pomoże mu poradzić sobie z własnym bólem. 

 

„Muzyka stopniowo przywraca mnie do życia.

Dzisiaj na statku, mimo kołysania, Nicolas zagrał Liszta. Zniewoliła mnie sonata ‘Po lekturze Dantego’, potem wzruszyło trzecie ‘Pocieszenie’. Nie tylko czułem się później inny – wrażliwszy, żywszy, odświeżony – lecz także uświadomiłem sonie, że tytuły, na które, jako miłośnik Mozarta i Chopina, nie zwracałem najmniejszej uwagi, okazują się piorunująco trafne. W ‘Boskiej komedii’ Dante proponuje nam spacer wśród umarłych, który prowadzi od piekła do raju przez czyściec, a Liszt potrafił wymyślić jego muzyczny ekwiwalent, gdyż słuchając utworu, napotkałem te myśli i obrazy. Co do ‘Pocieszenia’, nie mogło otrzymać lepszego tytułu, bo pozwoliło mi się podnieść z mroku smutku aż do pobudzenia świadomości istnienia.”

 

Eric-Emmanuel Schmitt

 

Jeszcze tylko na sam koniec dodam kilka słów na temat okładki. Są powieści, które nie wymagają specjalnych zabiegów wizualnych umieszczonych na okładkach, aby zainteresować czytelnika i chociaż osobiście uważa, że ta książka taka właśnie jest, jej okładka zasługuje na uznanie. Tematyka zawarta w środku jest bardzo ważna, dlatego minimalistyczny, spokojny a zarazem bardzo ciepły wygląd stanowi jej dopełnienie za co daje wielki plus.

THE LOOK: KIEDY WIOSNA SPOTYKA ZIMĘ


coat and trousers // płaszcz i spodnie – Mango

sweater // sweter – H&M

sneakers // trampki – Superga

bag // torebka – JW Pei

earrings // kolczyki – & Other Stories

 

The weather hasn't spoiled lately, so I would have to modify my clothes a bit last week. After the warm spring from the last post "The Look", there is no sign, so I had to apologize with the woollen coat for a few more days. However, I believe that this real warm spring will come back to us in a moment, so my bare ankles are a kind of manifesto that aims to urge her :). Today's outfit is one of the options that accompanies me very often. Elegant trousers (the model from today's post is probably 5 years old), a sweater and sneakers, or ballerinas are one of my favourite duets (I have already shown you a similar set with the same pants in this post - link), which is suitable both for spring , cooler summer days or early autumn or even winter, if instead of low shoes we wear ankle boots. I really like the effortless nature of this type of outfit, which is a bit elegant and very neat, but still practical and comfortable.

 

. . . .

 

Aura pogodowa ostatnio nie rozpieszcza, w związku z czym musiałabym odrobinę zmodyfikować mój ubiór w ostatnim tygodniu. Po ciepłej wiośnie z ostatniego wpisu „The Look” nie ma śladu, dlatego musiałam się przeprosić z wełnianym płaszczem na jeszcze chociażby kilka dni. Wierzę jednak, że ta prawdziwa ciepła wiosna za chwilę do nas wróci, dlatego moje gołe kostki to pewnego rodzaju manifest, który ma na celu ją ponaglić :). Dzisiejsza stylizacja to jedna z opcji, która towarzyszy mi bardzo często. Eleganckie spodnie (model z dzisiejszego wpisu ma już chyba z 5 lat), sweter i trampki, czy balerinki to jeden z moich ulubionych duetów (podobny zestaw z tymi samymi spodniami pokazywałam Wam już w tym wpisie – link), który nadaje się zarówno na wiosnę, chłodniejszy dzień lata czy wczesną jesień a nawet zimę, jeżeli zamiast półbutów założymy botki na obcasie. Bardzo lubię niewymuszony charakter tego typu stylizacji, który mimo wszystko jest odrobinę elegancki i bardzo schludny, ale wciąż praktyczny i wygodny. 

MOJE ULUBIONE KSIĄŻKI KUCHARSKIE ORAZ PRZEPIS NA MALINY POD TIRAMISU

 

Moje postne postanowienie, które obejmowało całkowity brak słodyczy dobiegło końca. Kilka tygodni wyrzeczeń, pomogło mi zrozumieć, że potrafię bez nich w pełni funkcjonować. Ba! Za wyjątkiem pierwszych kilku dni, wcale specjalnie o nich nie myślałam, więc moje uzależnienie nie było chyba aż tak duże jak mi się wydawało. Idealnym tego dowodem jest chociażby to, że tydzień przed Wielkanocą, kupiłam sobie czekoladowego króliczka jako nagroda za moją wytrwałość, którego wciąż nie zjadłam. Zamiast tego, przygotowałam mój ulubiony deser w odrobinę odświeżonej wersji, który znalazłam w jednej z moich książek kucharskich. Wielokrotnie prosiłyście mnie, abym oprócz częstszych publikacji (co swoją drogą wychodzi mi chyba całkiem nieźle), częściej publikowała książkowe polecajki. Książki kucharskie może nie do końca wpisują się w tą kategorię, chociaż w niektórych obok wspaniałych przepisów znajdą się również ciekawe anegdotki, czy historie – to przecież jeść też trzeba, a dlaczego nie uczynić tego przyjemniejszym za sprawą nowych i bardziej wyszukanych przepisów? 

 

Pogoda za oknem w ciągu ostatnich kilku dni to jakaś mieszanka wszystkiego po trochu począwszy od wiosennego słońca, którego chyba wszyscy jesteśmy już spragnieni, na śniegu skończywszy. Mój dzisiejszy wpis jest zatem ukłonem w stronę tych ciepłych dni, smacznych przepisów, zwiewnych sukienek i pikników na świeżym powietrzu, czy biesiadowania w ogrodzie z naszymi najbliższymi. Brzmi dobrze? W takim razie zapraszam do czytania! Poniżej znajdziecie tych kilka tytułowych książek kucharskich, oraz przepis na najpyszniejszy i  najszybszy deser świata – tiramisu, ale tym razem w odświeżonej wersji, czyli maliny pod tiramisu, do którego dodałam coś od siebie. 

THE LOOK: MY SPRING COLOUR PALETTE


blazer // marynarka – MLE Collection

dress // sukienka – Zara (obecna kolekcja)

bag // torebka – JW Pei

sneakers // trampki – Superga

sunglasses // okulary – & Other Stories

 

The last few days the weather has been closer to summer than spring. The thermometers exceeded 20 degrees, so I was finally able to put on something other than a coat and ankle-high sneakers. I put on my favourite set last year, i.e. a large jacket, a short dress (a bit longer than a jacket), a small purse and sneakers. Last spring and summer, I used this combination a lot. It is again a nod to my favourite elegance mixed with comfortable sports footwear, although in ballet shoes or mid-heeled pumps I would also see today's outfit.

 

Moving on, however, to the colours that I like in the spring and summer season, these are, of course, bright combinations of white, beige or brown, which are the perfect base for elegant outfits. When it gets warmer, i.e. in a few weeks (already closer to summer), more vivid colours will certainly join this palette. This year, I bet on the shades of blue, green, orange, which you saw last year, but maybe there will also be a place for something pink (I already mentioned in one of the last posts that I have been particularly tempted by this colour recently). How is it with you? Do you like to add a little colour to your everyday outfit, or are you faithful to the age-old classics?

 

. . . .

 

Ostatnich kilka dni swoją pogodą było bliżej do lata niż wiosny. Termometry przekraczały 20 kresek, w związku z czym mogłam w końcu założyć na siebie coś innego niż płaszcz i trampki za kostkę. Postawiłam na swój ulubiony już w ubiegłym roku zestaw, czyli obszerna marynarka, krótka sukienka (odrobinę dłuższa niż marynarka), mała torebka i trampki. Zeszłej wiosny i lata, bardzo często stawiałam na takie połączenie. Jest ono znowu ukłonem w moją ulubioną elegancję pomieszaną z wygodnym sportowym obuwiem, chociaż w baletkach, czy czółenkach na średnim obcasie również widziałabym dzisiejszy strój. 

 

Przechodząc jednak do samej kolorystyki, którą upodobałam sobie w sezonie wiosenno-letnim, to oczywiście jasne połączenia bieli, beżu, czy brązu, które stanowią idealną bazę do eleganckich stylizacji. Kiedy zrobi się cieplej, czyli w przybliżeniu za kilka tygodni (już bliżej lata), do tej palety z pewnością dołączą bardziej żywe kolory. W tym roku stawiam na odcienie niebieskiego, zielonego, pomarańcz, który widziałyście już w zeszłym roku, ale może znajdzie się również miejsce na coś różowego (wspominałam już w jednym z ostatnich wpisów, że jakoś wyjątkowo mnie ostatnio kusi ten kolor). A jak jest u Was? Lubicie wplatać odrobinę kolory do swojego codziennego stroju, czy raczej jesteście wierne odwiecznej klasyce? 

Instagram

FOLLOW @MAKESITSIMPLE ON INSTAGRAM
© 2019 MAKES IT SIMPLE | All rights reserved. Contact